Jak przestać się martwić i poradzić sobie ze stresem?

Wpis w: Miękki startup

Tytuł tego wpisu może brzmieć dla niektórych mało poważnie, ale to właśnie powaga związana z tym tematem nie pozwala ludziom normalnie funkcjonować. Nie ograniczałbym go jedynie do zamartwiania się – ono prowadzi do stresu, z którym chyba większość osób ma do czynienia na co dzień. Nie znam przedsiębiorcy, który albo przez cały czas, albo na którymś etapie rozwoju biznesu nie przejmowałby się tym, co go czeka. Niektórzy twierdzą, że ponad połowa łóżek szpitalnych jest zapełniona osobami z chorobami nerwowymi i psychicznymi, nawet jeśli bezpośrednim objawem jest choroba ciała. Najczęściej są one wynikiem nagromadzonych problemów i obaw o przyszłość. Dr Alexis Carrel, laureat Nagrody Nobla, powiedział kiedyś:

Biznesmeni, którzy nie potrafią walczyć ze zmartwieniem, umierają młodo

Wiele cytatów w tym wpisie została znaleziona w książce „Jak przestać się martwić i zacząć żyć” napisanej przez Dale’a Carnegie. Książka sprzedała się w milionach egzemplarzy na całym świecie, więc prawdopodobnie jest to powszechny problem.

W swojej książce Dale Carnegie pisze o tym, że podczas wakacji w Teksasie i Nowym Meksyku podróżował z doktorem O. F. Goberem, naczelnym lekarzem stowarzyszenia szpitali Gulf z Kolorado i Santa Fe. Powiedział on wtedy:

70 procent pacjentów, którzy przychodzą po poradę, mogłoby z niej zrezygnować, gdyby pozbyli się zmartwień i strachu. Nie myśl tylko, że ich choroby urojone. Nie, te dolegliwości są równie dokuczliwe, jak ból żołądka, wrzody, problemy z sercem, bezsenność, ból głowy czy paraliż. Są to bez wątpienia prawdziwe choroby. Strach jest przyczyną zmartwienia. Zmartwienie z kolei wywołuje napięcie, co wpływa na nerwy i zmienia skład soków żołądkowych, czemu wielu z nas zawdzięcza wrzody.

Zamartwianie się jest niezwykle „perfidne” – nie tylko tracisz w tym stanie czas i energię na malowanie przyszłości w czarnych barwach, ale przede wszystkim nie dajesz sobie szans na działania, które tę przyszłość mogłyby zmienić. Martwiąc się tracisz zdolność koncentracji, masz rozbiegane myśli, nie potrafisz podjąć decyzji.

Wyobraź sobie, że budzisz się rano i przez 15 minut przez głowę przelatują Ci myśli związane z tym, co może pójść nie tak w przyszłości. Nie tylko ten czas jest zwykle zmarnowany, ale jednocześnie negatywnie nastraja i nie pozwala wstać z łóżka w dobrym nastroju. Gdybyś te 15 minut poświęcił na poranne ćwiczenia i przeczytanie kilku stron z jakiejś książki, to zacząłbyś dzień w zupełnie innym nastroju. Co więcej, w dobrym humorze z kolei przychodzą nam do głowy nowe pomysły na rozwiązanie sytuacji, która nas trapi. A to, czym się martwimy i tak zwykle się nie spełnia, problem często sam się rozwiązuje.

Oczywiście bardzo łatwo jest o tym pisać, a trudniej wdrożyć. Wynika to z faktu, że martwienie jest najczęściej nawykiem, a wręcz nałogiem, takim samym jak palenie papierosów czy przeklinanie.

Chłopak martwiący się

Jest to nawyk, który nie zniknie nawet w momencie poradzenia sobie z problemami, którymi się w danej chwili zamartwiasz. Szczególnie widoczne jest to wśród osób prowadzących firmy. Najczęściej największym zmartwieniem rozpoczynających i prowadzących własną działalność jest martwienie się o dochody w firmie. Zabawne jest jednak to, że nawet w momencie zdobycia tych pieniędzy zmartwienia nie znikają. Pojawią się kolejne – czy wywiążę się z założonych zadań, czy znajdę odpowiednie osoby do realizacji kontraktu, czy po wyczerpaniu się tych pieniędzy pojawią się kolejne przychody. Lista nie ma końca.

Stephen Leacock napisał:

Jakie dziwne jest nasze życie. Dziecko mówi: „Kiedy będę duży…”. Ale co to? Duży chłopiec powtarza wciąż: „Kiedy będę dorosły…”. Gdy wreszcie dorośnie, obiecuje, że jak się ożeni, to… Czy w końcu przestaje? Nie, zaczyna myśleć dalej: „Kiedy przejdę na emeryturę…” A gdy już osiągnie wreszcie wiek emerytalny, ogląda się już tylko za siebie na drogę, którą przebył i wydaje mu się, że omiata ją lodowaty wiatr. Tak wiele stracił, ale niczego nie da się już wrócić. Zbyt późno spostrzegamy, że życie polega na życiu, w każdej godzinie i w każdym dniu.

Oczywiście nie chodzi o to, aby nie podejmować żadnych wysiłków, żeby zmienić przyszłość. Czym innym jest jednak świadome planowanie i rozważanie różnych możliwości, a czym innym jest poświęcanie energii na bezproduktywne mielenie myśli.

Dale Carnegie podaje w swojej książce statystyki z badań przeprowadzonych na grupie 177 dyrektorów. Średnia wieku wynosiła 44 lata. Jedna trzecia z tych osób cierpiała na dolegliwości typowe dla osób żyjących w dużym stresie: choroby serca, wrzody, przewodu pokarmowego, nadciśnienie tętnicze. To jest cena sukcesu.

Podobnie jak fizyczne objawy w naszym ciele tak przyczyny naszych zmartwień wydają się uzasadnione. Przecież trzeba za coś ubrać dzieci, spłacić kredyt, wyjechać na wakacje. Wpadamy jednak w błędne koło – po zapłaceniu raty przyjdzie kolejna, a po powrocie z wakacji (a nawet w trakcie) powrócimy do rozmyślania o tych samych rzeczach, które zostawiliśmy przed wyjazdem.

Jak sobie zatem poradzić ze zmartwieniami?

Po pierwsze – nakreśl najgorszy scenariusz.

Weź kartkę papieru i zapisz sobie wszystkie najgorsze możliwości. Jeśli firma nie znajdzie klientów, to przestanie przynosić dochód. Jeśli lekarze nie znajdą lekarstwa, to czeka mnie śmierć. Jeśli nie zdarzy się jakiś cud, to komornik zajmie mój dom.

Po drugie – zaakceptuj ten najczarniejszy scenariusz.

Łatwo powiedzieć, prawda? O ile w przypadku kwestii materialnych jest to jeszcze do zrozumienia, o tyle w przypadku nadchodzącej śmierci trudno o akceptację. Ale nawet w tak beznadziejnych sytuacjach możliwe jest znalezienie w sobie akceptacji. W przypadku tak skrajnych sytuacji może to być ponad siły większości osób, choć wierzę, że każdy jest w stanie to osiągnąć.

W jaki sposób? Na szczęście nie mierzyłem się z koniecznością spojrzenia śmierci w oczy, ale w przypadku wszystkich pozostałych wydarzeń w życiu zdobywałem się na zaufanie, że cokolwiek się stanie, będzie to sytuacja, która przyniesie coś dobrego. Być może teraz nie jestem świadom co to będzie, ale zawsze wierzyłem, że w konsekwencji wyniknie z tego coś dobrego. Często są to niematerialne wartości, jak chociażby nauka wytrwałości, nie poddawania się czy pokonywania strachu. Zwykle koncentrujemy się na tym, co materialne i w trudnych chwilach mamy poczucie straty, ale życie jest dużo bogatsze niż tylko, co widać na pierwszy rzut oka. Stratę materialną zawsze traktuję jak inwestycję w siebie, w swoją edukację, w zdobycie wiedzy, która w przyszłości pozwoli mi podejmować lepsze decyzje.

Zaakceptowanie najgorszej sytuacji jest niezwykle uwalniające. Stawiasz się wtedy w sytuacji, w której nie masz już nic do stracenia. Zwykle mamy w głowie pewien obraz swojej przyszłości – być może kreślimy wizję pewnych sukcesów, pewnej sumy pieniędzy, którą chcemy zarobić albo jakichś wyjazdów, do których się przygotowywaliśmy. Im dłużej ten obraz pielęgnujemy w głowie, tym trudniej potem pogodzić się z tym, że może on nie zostać zrealizowany.

Tymczasem może się okazać, że nawet ten najczarniejszy scenariusz może doprowadzić do sytuacji, która ostatecznie będzie dla Ciebie lepsza.

Po trzecie – ratuj, co się da.

Najpierw zbierz wszystkie fakty. Już samo ich zebranie często pozwoli wyzwolić się od zmartwień. Wciel się w rolę adwokata, który Ciebie broni. Zapisz na kartce obiektywne informacje, które dotyczą Twojej sytuacji.

Gdy je zbierzesz, przeanalizuj je i napisz kroki, jakie możesz podjąć, żeby zmienić tę sytuację. Następnie podejmij decyzję o rozpoczęciu działania – wybierz któryś z kroków i zacznij go realizować. Nie interesuj się już faktami, zostaw je i poświęć całą energię na działanie.

Biznesmen zmartwienie

W książce Dale’a Carnegie przedstawiona jest sytuacja Earla P. Hanleya z Winchester w Massachusetts. Martwił się tak bardzo, że doprowadziło go to do wrzodów żołądka. Ostatecznie dostał silnego krwotoku i lekarze zalecili mu, żeby w ogóle się nie ruszał. Uznano, że nie ma dla niego ratunku. Dwa razy dziennie przeprowadzano płukanie żołądka. Ciągnęło się to miesiącami, a jego waga zmalała o prawie połowę. Ostatecznie postanowił skorzystać z czasu, jaki mu jeszcze pozostał. Postanowił wyruszyć w podróż dookoła świata. Lekarze byli zszokowani, ale uznał, że nie ma nic do stracenia. Zaczął stopniowo odrzucać tabletki, z biegiem czasu przestał też robić płukanie żołądka, które w podróży robił sobie samodzielnie. Wkrótce zaczął normalnie jeść. Na statkach zaczął się bawić i zdobywać nowych przyjaciół. Po przyjeździe do Chin i zobaczeniu z jakimi problemami mierzą się żyjący tam ludzie uznał, że nie jego dotychczasowe zmartwienia były niczym. Po powrocie do Ameryki wrócił do normalnej pracy.

A co robić, żeby zmartwienia się w ogóle nie pojawiały?

Pewnie nie raz miałeś w swoim życiu tzw. stan „flow” – robiłeś coś z czystej przyjemności robienia, bez świadomości upływającego czasu i tego, co się wokół dzieje. Zwykle taki stan pojawia się gdy robimy coś, co jest w pełni zgodne z naszymi wewnętrznymi potrzebami i motywacjami. W takim stanie nie ma miejsca na martwienie się. Nawet jeśli nie wiadomo jaki będzie efekt, w całości poświęcasz się swojej pracy.

Patrząc bardziej ogólnie na życie powiedziałbym, że do unikania zmartwień prowadzi taka droga:

  1. Życie w zgodzie ze swoimi przekonaniami, wartościami, wewnętrznymi motywacjami i przekonaniami.
  2. Zaufanie, że prowadzi do czegoś dobrego.

Punkt pierwszy nie oznacza wcale, że będzie łatwo. Zwykle oznacza to życie wbrew oczekiwaniom i opiniom innych osób. Wydaje się zatem, że jest tutaj więcej pola do zmartwień. Ale w takim życiu łatwiej o dostęp do wewnętrznego, głębokiego spokoju, do przekonania, że robię to, co powinienem w życiu robić. Łatwiej wtedy zaufać, że choć chwilowo życie wydaje się trudniejsze, to w dłuższej perspektywie takie życie przyniesie lepsze owoce.

Odróżniłbym głębokie poczucie słuszności swoich działań i wewnętrznego spokoju od codziennych ulotnych emocji, jak złość, zmęczenie, chwilowy stres czy strach. W życiu zgodnym z własnymi przekonaniami łatwo poradzić sobie z tymi emocjami. Ta siła wypływa właśnie z tego, że wierzysz w słuszność swoich działań. I nie jest to jakaś iluzoryczna siła, tylko siła realna, dająca energię każdego dnia, pozwalająca skupić się na tym, co jest do zrobienia i iść do przodu.

Z kolei jeśli nie działasz w pełni w zgodzie ze sobą, pojawia się w Tobie uczucie niepokoju, miotania się, brak zdecydowania. Możesz próbować przykryć te wątpliwości urlopem albo rozrywką, ale one powrócą. I będą prowadzić do coraz większych zmartwień.

Nikt nie odpowie za Ciebie co jest słuszne w Twojej sytuacji. Dla każdego może to być coś zupełnie innego i tylko Ty wiesz która droga jest dobra dla Ciebie.

To może być mglista wizja przyszłości, niekoniecznie coś bardzo wyraźnego i pewnego. Z upływem czasu będzie się to jednak stawać coraz konkretniejsze. W pewnym momencie pojawia się jakby poczucie misji i koncentrowanie całej swojej uwagi na wykonanie tego zadania. Nie ma wtedy miejsca na zmartwienia.

Oczywiście żaden dzień nie jest z góry zaplanowany. Nie masz wpływu na wszystko, co się w Twoim życiu przytrafia. Skoro jednak żyjesz w zgodzie ze sobą, wierzysz, że prowadzi to do czegoś dobrego, to łatwiej zaakceptować też niespodziewane sytuacje, które się Tobie przytrafiają. Przychodzi wtedy myśl: „No cóż, robiłem co mogłem, tego nie potrafiłem zaplanować, więc zastanowię się jak sobie z tym poradzić”. I tym samym wracamy do trzech pierwszych zasad z tego wpisu.

Dale Carnegie rozmawiał z wieloma założycielami i prezesami firm. J. C. Penny, założyciel sieci sklepów i domów towarowych w całym kraju, powiedział mu:

Nie martwiłbym się nawet, gdybym stracił wszystko, do ostatniego centa, ponieważ nie widzę korzyści ze zmartwień. Wykonuję swoją pracę najlepiej, jak potrafię, a efekty pozostają w rękach bogów.

Prezes Chrysler Corporation K. T. Keller powiedział mu:

Tak wiele czynników wpływa na przebieg wydarzeń! Nikt nie potrafi powiedzieć, co nimi kieruje, ani ich zrozumieć. Dlaczego więc miałbym się tym martwić?

Admirał Ernest J. King dowodził US Navy podczas II wojny światowej. Powiedział wtedy:

Wyposażyłem moich ludzi w najlepszy sprzęt, jaki mamy możliwość posiadać. Powierzyłem im zadania, które wydają się optymalne. To wszystko, co mogę zrobić. Jeżeli statek i tak zatonie, nie jestem w stanie podnieść go z dna. Nie pociągnąłbym długo, gdybym zamiast działania, siedział i zamartwiał się, co będzie jeśli…

Jedyną drogą do zmiany jutra jest poświęcenie całej swojej energii na wykonanie tego, co jest do zrobienia dzisiaj.

    Dodaj komentarz

    Jak zacząć startup mając zaledwie kilkaset złotych?
    Produkt to nie wszystko, czyli jak na prostych maszynkach do golenia zarobić miliard dolarów?